Geopolityczny sens i znaczenie upadku Viktora Orbána

 


W sensie geopolitycznym porażka Viktora Orbána jest zwycięstwem UE – kolejnym po Mołdowie i Rumunii. Węgry – podobnie jak Słowacja – są krajem zbyt małym, by funkcjonować bez zewnętrznych zastrzyków kapitału (ich największy historycznie rozwój gospodarczy i cywilizacyjny dokonał się w drugiej połowie XIX wieku dzięki żydowskiemu kapitałowi i niemieckiej administracji).


Głównym dostarczycielem kapitału na Węgry jest obecnie UE, która jednak w pakiecie wmusza liberalną agendę cywilizacyjną i ideologiczną. Orbán, słusznie chcąc odrzucić tę agendę, próbował w różnych okresach szukać zewnętrznych źródeł oparcia a to w Rosji, a to w Chinach, a to w USA, a to w Turcji, a to w Izraelu. Żaden z tych by-passów jednak nie zadziałał.


Eurazjatyckie bezdroża


Rosja nie ma kapitału na eksport, poza sektorami wojskowym, nuklearnym i gazowym. Z dwóch ostatnich Orbán skorzystał, nie wystarczyło to jednak do dynamizacji gospodarki na Węgrzech. Wzrost gospodarczy Węgier wyniósł w 2025 roku marne 0,7%, co wynika między innymi z niewielkich inwestycji i równie niewielkiego popytu zewnętrznego na towary z Węgier. Deficyt budżetowy Węgier sięgnął w tym samym czasie 4,7% z perspektywą wzrostu powyżej 5% w roku bieżącym. Dług publiczny wynosi niemal 74% a tendencja wzrostowa ma się utrzymać przez najbliższe lata, windując go na koniec dekady do niemal 80% PKB.


Tymczasem interwencję na Ukrainie Rosja spartaczyła, wojny zaś dotychczas nie wygrała i nie zanosi się by w najbliższej przyszłości miała szansę podporządkować sobie Ukrainę, więc Budapeszt nie uzyskał bezpośredniego połączenia terytorialnego z (potencjalnym) imperium rosyjskim i (potencjalnym) blokiem kontynentalnym, co pozwoliłoby mu ewentualnie budować realną alternatywę dla UE.


Chiński projekt 16+1 został dekadę temu zablokowany przez USA rękami Polski, toteż Pekin stracił zainteresowanie Europą Wschodnią. Najbardziej uderzyło to w Białoruś, która na koncepcji Nowego Jedwabnego Szlaku opierała swoją strategię rozwojową. Legły też jednak w gruzach perspektywy zasilenia chińskim kapitałem Węgier i ich emancypacji od UE.


Turcja jest raczej mocarstwem aspirującym niż faktyczną siłą formacyjną na Bałkanach i dotychczas można mówić co najwyżej o „tureckiej penetracji” regionu niż o występowaniu przez Türkiye w roli wiarygodnego dostarczyciela jakichkolwiek dóbr dla krajów bałkańskich. Z kolei Izrael funkcjonuje w ramach globalizmu USA i zainteresowany jest głównie wspieraniem przyjaznych sobie rządów w świecie arabskim i w Afryce, w Europie polegając na hegemonii Waszyngtonu który występuje na tym kontynencie jako strażnik interesów Tel Awiwu – państwo żydowskie zatem „bierze” (poparcie dyplomatyczne, polityczne, wywiadowcze itd.) ale nie daje nic w zamian.


Zatonięcie w Atlantyku


To właśnie jednak dla USA porażka Orbána jest największą klęską. Oto bowiem gwiazdki i paski zaangażowały się bezpośrednio we wsparcie Węgier... wyłącznie werbalnie. Siódmego listopada 2025 roku ówczesny premier Węgier złożył szeroko nagłaśnianą wizytę w Waszyngtonie. Jak pamiętamy, przebiegła ona w serdecznej atmosferze, „God Emperor” goszcząc bowiem węgierskiego premiera na lunchu, kilkukrotnie skomplementował go jako „wspaniałego przywódcę” i poparł jego politykę migracyjną, przeciwstawiając ją tej prowadzonej przez liberalne elity zachodnioeuropejskie. Poza demonstracyjnym poklepaniem po plecach, efekty wizyty były dla Węgier nader skromne.


Budapeszt starał się o bezterminowe zwolnienie z sankcji na import rosyjskiego gazu ziemnego (74% gazu zużywanego na Węgrzech w 2024 roku pochodziło z Rosji) i ropy (odpowiednio 86% z Rosji), Waszyngton jednak oświadczył że ma ono obowiązywać jedynie do listopada 2026 roku. Wróciwszy z USA, węgierski premier ogłosił że Trump obiecał Węgrom „tarczę finansową” przeciwko szantażowi budżetowemu UE, jankeski prezydent stwierdził jednak, że choć Węgry o taką pomoc prosiły, to on im jej nie obiecał. Orbán został tym samym publicznie ośmieszony przez Trumpa (który najprawdopodobniej okłamał go podczas wizyty), ten bowiem podważył jego wiarygodność w oczach społeczeństwa węgierskiego.


Pozostałe przyjęte podczas wizyty uzgodnienia były już koncesjami Węgier wobec USA, mającymi być kompensatą za czasowe wyłączenie spod jankeskich sankcji na Rosję: Budapeszt zobowiązał się do zakupu skroplonego gazu z USA za 600 mln. USD, zakupu uzbrojenia z USA za 700 mln. USD, zakupu paliwa jądrowego z USA za kolejnych 114 mln. USD oraz otwarcia swojego rynku dla technologii jądrowych z USA i przystąpienia do jankeskiego programu kosmicznego Artemis. Innymi słowy, USA zagwarantowały sobie zarobek na swoim węgierskim kliencie, uchyliły się jednak od wsparcia go swym kapitałem w ewidentnej potrzebie.


Gdy po 2007 roku Rosja stopniowo ograniczała Białorusi preferencje cenowe w sprzedaży gazu (w 2011 roku Władimir Putin określił je jako „subsydiowanie białoruskiej gospodarki” kwotą 4 mld USD rocznie), nakręcało to stopniowo kryzys tamtejszego państwa opiekuńczego kulminujący w kryzysie politycznym związanym z wyborami 2020 roku. Słusznie wtedy zwracano uwagę, że jeśli chce się mieć imperium, to trzeba ponosić koszty.


Jankeski sknera


Trump, w czasie kampanii wyborczej polemizował z ideą globalnego imperium USA, przeciwstawiając im zasadę „America First”. Realizował ją jednak połowicznie – gwiazdki i paski zdążyły bowiem w ciągu ostatnich dwóch lat ostrzelać lub zbombardować Syrię, Irak, Iran, Jemen, Somalię, Nigerię, a nawet Wenezuelę i Ekwador, odgrażały się zaś Meksykowi, Panamie, Haiti, Kubie, Grenlandii i snuły plany kolonizacji Strefy Gazy przez jankeski kapitał oligarchiczny. Zawsze jednak USA zastrzegały, że nie zamierzają płacić ani finansować innych – ich kolonialne rojenia dotyczące Kanału Panamskiego, Wenezueli, Grenlandii i Strefy Gazy uzasadniane były otwarcie planami eksploatacji gospodarczej tych krajów, a na swoich wasalach Waszyngton bezceremonialnie wymuszał korzystne dla siebie kontrakty gospodarcze i koncesje dla swojego kapitału.


Orbán zatem nic konkretnego z USA nie dostał i przez to padł. To jest realny sygnał, że globalne imperium Waszyngtonu się zwija. Nie jakieś rojenia że Rosja zaraz pokona USA i całe NATO na Ukrainie albo wręcz już je tam „pokonała”. Nie fantazje o „BRICS” i o tym że Chiny, które mają gospodarkę mniej więcej wielkości 2/3 USA (USA – 31 bln. USD, Chiny 19,5 bln. USD), już „prześcignęły”Waszyngton. Realnym przejawem końca globalizmu USA jest, że gwiazdki i paski nie są już w stanie gwarantować wolności mórz (Cieśnina Ormuz zablokowana przez irańskie motorówki) ani że nie pompują już kapitału w kraje aspirujące do bycia ich geopolitycznymi klientami. Gdyby nie Izrael, to zapewne los Orbána dawno temu podzieliłby już gen. as-Sisi w Egipcie. Gdyby nie UE, to pewnie już kilka miesięcy temu upadłby prozachodni rząd na Ukrainie.


Zatem, USA nie pompują już swoich (potencjalnych) klientów jak Węgry czy Ukraina. USA nie gwarantują „wolności mórz”. USA nie są w stanie „zmienić reżymu” w Iranie. USA nie są w stanie mobilizować swoich europejskich wasali (odmowa Europy udziału w napaści na Iran) tak jak one same są "mobilizowane" przez Izrael. USA nie są też w stanie dowolnie anektować terytoriów na które mają ochotę (Kanał Panamski, Grenlandia, Kanada). To są realne symptomy, że choć materialnie USA wciąż są tak duże, że nie mieszczą się w normalnej lidze graczy geopolitycznych, to ich „soft power” - wewnętrzna (postrzeganie idei globalnego jankeskiego imperium wśród elity i społeczeństwa gwiazdek i pasków) i zewnętrzna (przychylność wobec tej idei reszty świata) – skurczyła się tak bardzo, że za chwilę USA będą cieniem globalnego hegemona, bo nikt już nie będzie chciał na nich polegać.


Ronald Lasecki


Wesprzyj moją publicystykę


Postaw mi kawę


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Samozaoranie" Grzegorza Brauna

Sprawa Iranu to nasza sprawa

Antysystemowe państwo-minimum