Wenezuelski va banque Trumpa

 


Trumpizm jest próbą odnowienia jankeskiej prawicy, której dotychczasowa formuła, w obecnej sytuacji światowej wyczerpała swoje możliwości. Wróg trumpizmu jest „wewnątrz” USA i jest to liberalizm i jego przepis na społeczeństwo oraz porządek światowy, które wydrążyły Stany Zjednoczone od środka. Trumpiści nie wierzą w globalizację, chcą zatem zbudować fundamenty dominacji Waszyngtonu w świecie policentrycznym. Ich zdaniem, stary system, oparty na przewagach technologiczno-finansowych Stanów i międzynarodowej legitymizacji ich „przywództwa” w światowym marszu ku globalnej liberalnej wiosce, zawiódł. Chcą więc zbudować nowy.


Założenia koncepcyjne


Tu pojawia się Ameryka Środkowa, Karaiby i Ameryka Południowa. Nowa jankeska Strategia Bezpieczeństwa Narodowego, stwierdza że USA pozbawią podmioty spoza zachodniej hemisfery możliwości rozmieszczania w niej sił lub innych środków stwarzających zagrożenie dla gwiazd i pasów, oraz kontrolowania znaczących zasobów tych trzech regionów. Te cele strategiczne mają zostać osiągnięte przez zrealizowanie celów operacyjnych w postaci pogłębionego zaangażowania w relacje z dotychczasowymi „partnerami” oraz rozwijanie „nowych partnerstw” - ofiarą tego ostatniego padła właśnie Wenezuela.


Jeśli dokument administracji Trumpa nawiązuje do jakiegoś elementu historycznej już Doktryny Monroe, to do „uzupełnienia Rooseveltowskiego” sformułowanego w orędziu prezydenckim z 6 grudnia 1904 roku. „Teddy” groził w nim „narodom i krajom” zachodniej półkuli, które „w sprawach społecznych i politycznych” wykazują „systematyczną złą wolę i nieudolność”, prowadzące do „rozluźnienia więzów z cywilizowanym społeczeństwem” (czyli światem Zachodu). „God Emperor” stawia z kolei warunek „dostatecznej stabilności” i „dobrego zarządzania”, wystarczających by zneutralizować zagrożenia masową imigracją do Stanów, zorganizowaną przestępczością, „ingerencjami” spoza hemisfery, a także zabezpieczyć łańcuchy dostaw i strategiczne węzły istotne dla funkcjonowania USA.


Możemy zatem w najnowszej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego gwiazd i pasów wskazać trzy priorytety w stosunkach Waszyngtonu z krajami Karaibów, Ameryki Środkowej i Ameryki Południowej: 1) pokrewieństwo lub przynajmniej neutralność ideologiczną; 2) zabezpieczenie „wąskich gardeł” dostaw i handlu; 3) dostęp USA do zasobów naturalnych koniecznych do napędzania rewolucji technologiczno-przemysłowej opartej na półprzewodnikach. Priorytetom tym odpowiadają kolejno: 1) rozbudowa relacji z podobnie myślącymi rządami w Argentynie, Salwadorze, Peru, Chile i Paragwaju, neutralizacja nieliberalnych demokracji w Wenezueli, na Kubie i w Nikaragui oraz socjaldemokracji w Meksyku, Kolumbii i Brazylii; 2) kontrola nad Kanałem Panamskim i objęcie kontroli nad Haiti przez jankeskich najemników; 3) porozumienie o eksploatacji metali ziem rzadkich z Republiką Dominikany, kontrola nad Grenlandią i Kanadą z ich złożami.


Wenezuelskie wyzwanie


Boliwariańska Wenezuela jest główną przeszkodą dla realizacji tej koncepcji. Stany Zjednoczone przekonane, że kluczem do zwycięstwa w rywalizacji z innymi mocarstwami jest niekończąca się presja na rywali w Eurazji mogły lekceważyć Wenezuelę. Identyfikując kontrolę nad zachodnią półkulą jako warunek swego przetrwania, gwiazdy i paski nie mogą sobie dłużej pozwolić na ten luksus. Cel w postaci kontroli nad zachodnią półkulą skutecznie zjednoczył tradycyjnych, imperialistycznych Republikanów i bazę wyborczą Potentata w postaci ruchu MAGA. Tych pierwszych reprezentuje urodzony na Kubie konserwatywny mesjanista Marco Rubio, który stał się twarzą polityki wobec Caracas. Tych drugich reprezentuje Stephen Miller, nacjonalista i architekt polityki migracyjnej Numeru Jeden, tak bardzo wobec niego lojalny, że nazwał swój instytut „America First”. Dopełnieniem sojuszu są nadzieje lobby naftowego, symbolizowane wyraźną obsesją Potentata na tle wenezuelskiej ropy.


Cele Waszyngtonu wobec Wenezueli wymienił Rubio: transformacja rządu, wykorzystanie dochodów z ropy dla rozbudowy rynku wewnętrznego („dla dobra społeczeństwa”), powstrzymanie handlu narkotykami (skierowany był głównie na Europę), usunięcie z kraju kolumbijskich partyzantek komunistycznych oraz emisariuszy Teheranu i libańskiego Hezbollahu. Środkiem nacisku na Caracas ma być dalsza blokada morska, embargo na ropę dopóki do jej eksploatacji nie zostaną dopuszczone jankeskie trusty oraz groźba „drugiej fali ataków wojskowych”.


Usunięto tymczasem Maduro, lecz nie jego reżym. U władzy pozostają wiceprezydent Delcy Rodriguez, minister spraw wewnętrznych Diosdado Cabello Rondón, minister obrony narodowej Vladimir Padrino López, szefowa Trybunału Konstytucyjnego Caryslia Rodríguez. Po usunięciu głowy państwa, jego organizm pozostaje nienaruszony. Niewykluczone nawet, że reżym poświęcił prezydenta w porozumieniu z Waszyngtonem. Dla gwiazdek i pasków liczą się rozstrzygnięcia strategiczno-geopolityczne a nie ustrój polityczny. To tylko naiwne polskie prawactwo PiS-owskiego chowu cieszy się że „porwano komunistę”. Reżym Wenezueli pozostaje jednak nienaruszony, jego upadek po ponad ćwierćwieczu rządzenia groziłby bowiem rozpadem instytucji państwowych, co z kolei doprowadziłoby do chaosu i niestabilności, zaprzeczających celom operacyjnym USA.


Wenezuela jako układanka


Wenezuela nie jest krajem jednolitym etnicznie a jej społeczeństwo nie tworzy spójnego narodu. Około 70% populacji tego 31-milionowego kraju stanowią Kolorowi: Metysi, Mulaci, Murzyni i Zambosi. Narodzili się oni jako „odpad” procesu kolonizacji i do 1999 roku de facto nie uczestniczyli we wspólnocie narodowej, będąc wykluczonymi z obiegu polityczno-kulturowo-cywilizacyjnego i tworząc gigantyczną „podklasę”. Pozostałe 30% populacji to Kreole pochodzenia iberyjskiego lub włoskiego. To dwa równoległe i niekomunikujące się ze sobą światy, co widać na przykładzie Caracas, gdzie dzielnice biedoty – takie jak położone na wschodnich obrzeżach Petare, kontrastują z chronionymi barierami elektronicznymi i drutem kolczastym luksusowymi osiedlami w stylu Miami, zamieszkałymi przez elitę o jasnym odcieniu skóry.


Kreole uważają się za architektów modernizacji kraju, dokonywanej pod skrzydłami północnoatlantyckich mocarstw, jak za rządów uważanych przez nich za bohaterów a sterowanych przez CIA prezydentów Marcosa Péreza Jiméneza (1952-1958) i Carlosa Andrésa Péreza (1974-1979, 1989-1993). Ciemnoskóra podklasa identyfikuje jako autorów swej emancypacji społecznej czawistów, którzy po raz pierwszy w historii Wenezueli włączyli większość jej nominalnych obywateli funkcjonalnie do narodu. 70% populacji Wenezueli utożsamia się z czawizmem, białą elitę oskarżając o eksploatację i kompradorską zależność od globalnej Północy. Ta biała elita, podobnie jak w RPA czy w Zimbabwe, w większości w ostatnich latach wyemigrowała z kraju, zrażona represjami i nieudolnymi rządami Kolorowych. To właśnie przedstawiciele tej ośmiomilionowej emigracji organizują dziś antymadurowskie demonstracje w Miami, w Panamie czy w Chile.


Waszyngton nie może oprzeć się na kurczącej się białej mniejszości w Wenezueli, stąd też Numer Jeden powiedział na konferencji prasowej że reprezentująca tą społeczność María Corina Machado to „porządna kobieta”, brakuje jej jednak poparcia w kraju, by mogła rządzić Wenezuelą. Waszyngton stawia na porozumienie z rzekomo bardziej oportunistycznym skrzydłem reżymu, którego twarzą ma być Delcy Rodriguez, a nadzorować ze strony jankeskiej ma je Marco Rubio. Gdyby negocjacje z reżymem się załamały, odium za eskalację konfliktu w Wenezueli (lub upokarzające wycofanie się z niej) Trump ma nadzieję zrzucić na Rubio, pozbywając się w ten sposób kłopotliwego pretendenta do politycznej schedy po nim, który, jako konserwatywny mesjanista, skierowałby Partię Republikańską ponownie na tory globalizmu.


Doktryna Donroe”


Póki co jednak, to sam „God Emperor”zdradza ideały MAGA, dziedzictwo prezydentów Jamesa Monroe'go (1817-1825) i Johna Quincy'ego Adamsa (1825-1829). Ten pierwszy w swoim orędziu z 2 grudnia 1823 roku odrzucił możliwość ingerencji USA poza zachodnią hemisferą (chodziło wtedy głównie o powstanie w Grecji) i ingerencji państw spoza zachodniej hemisfery w Ameryce (spekulowano wtedy na temat możliwości kolonizacji dawnych posiadłości hiszpańskich przez Francję). Ten drugi, jeszcze gdy był sekretarzem stanu, 4 lipca 1821 roku wygłosił przemówienie, w którym przestrzegł by Ameryka „nie szła za granicę, w poszukiwaniu potworów do zniszczenia”. Tymczasem Trump, już w pierwszym roku urzędowania wydał rozkazy ataków od Iranu po Jemen, od Nigerii po Wenezuelę, od Syrii po Somalię. Wbrew oczekiwaniom MAGA, który pod przewodnictwem wiceprezydenta J. D. Vance'a, domaga się rozwiązania problemów wewnętrznych Republiki.


Jest więc warunek powodzenia akcji w Wenezueli: użycie siły musi być chirurgiczne, błyskawiczne, ogłoszone już po zakończeniu misji. By nie pozostawić pola do dyskusji, w której mogłyby pojawić się głosy wskazujące na rosnące koszty życia białych jankesów, w sprawie czego Trump nic nie robi, bombardując za to na prawo i lewo. Również by skompromitować Putina, który już czwarty rok bez widocznego skutku mieli na Ukrainie krwawą „maszynką do mięsa”. Celem USA nie będzie już „nation building” ale przejęcie największych na świecie złóż ropy, a także zasobów litu, złota i diamentów z tego Eldorado tuż za progiem imperialnej metropolii. Jankeskie trusty energetyczne mają więc wrócić do Wenezueli. Usunięte mają zaś z niej zostać Rosja, Chiny, Iran i Hezbollah oraz kartele narkotykowe.



Światowe echa


Chin utrata Wenezueli szczególnie nie dotknie; jedynie 4% importowanej przez nie ropy pochodzi z Republiki Boliwariańskiej – dopóki Rosja jest na pokładzie, władze w Pekinie nie mają się czego obawiać. Rozliczanie handlu „czarnym złotem” między Pekinem i Caracas w renminbi na dzień dzisiejszy nie zagrażało pozycji dolara USA ze względu na niewielki wolumen tego handlu, choć w przypadku odblokowania wenezuelskich złóż, w perspektywie mniej więcej dekady, mogłoby zagrozić. Atakując Wenezuelę, a w zasadzie popełniając wobec niej akt piractwa – bo tak chyba należałoby zakwalifikować porwanie prezydenta tego państwa, Potentat próbuje zatem zabezpieczyć walutowe podstawy dla światowej dominacji gwiazd i pasów.


W 1974 roku Henry Kissinger podpisał w imieniu gwiazd i pasów porozumienie z Rijadem, oferując Saudom ochronę ich władzy, w zamian za rozliczanie przez Arabię wszystkich transakcji sprzedaży ropy w dolarach USA. Dzięki temu popyt na jankeskiego dolara wzrósł daleko ponad poziom uzasadniany rzeczywistą wartością gospodarki Stanów. Republika uzyskała więc dodatkową linię finansowania swego globalizmu. Gdy Saddam Husajn w 2000 roku ogłosił, że będzie rozliczał sprzedaż ropy w euro a nie w dolarach USA, w 2003 roku Stany przeprowadziły inwazję na Irak i pozbawiły go władzy. Po tym jak w 2009 roku Muammar Kaddafi zapowiedział rozliczanie sprzedaży ropy w złotym dinarze a nie w dolarach USA, w 2011 roku NATO przeprowadziło bombardowania Libii i obaliło jego reżym. Teraz przyszła pora na Maduro, który ma pięć razy więcej ropy niż Husajn i Kaddafi razem wzięci.


Administracja Trumpa ma też nadzieję doprowadzić do upadku reżymu na Kubie, który 25% swojego zapotrzebowania na ropę zaspokajał w Wenezueli, a także w Nikaragui korzystającej z dotacji Caracas. Obserwuje też reakcje władz w Ciudad de México, Brasílii i Bogocie, do których Rubio skierował pogróżkę „zobaczcie, to się właśnie dzieje, gdy ktoś nie gra z nami”. Niektórzy dopatrują się też w słowach sekretarza stanu zachęty dla państwa żydowskiego, by z błogosławieństwem Waszyngtonu zadało ostateczny cios trapionemu ulicznymi wystąpieniami Iranowi. Ponowna koncentracja USA na zachodniej półkuli to też sygnał dla Moskwy i Pekinu, że mogą wyodrębnić swoje strefy wpływów, o ile nie zagrożą w nich interesom USA. Problemem dla Rosji jest w tym kontekście, że jankesi uzyskali od władz w Kijowie ogromne koncesje na eksploatację kopalin i ziem uprawnych na terytorium Ukrainy, 80% tego znajduje się zaś poza kontrolą Moskwy – Waszyngton zatem już ich Rosjanom nie odda.



Pułapka lekceważenia soft power


Trump wyraźnie wzoruje się w polityce na Theodorze Roosevelcie, który skądinąd w 1906 roku otrzymał pokojową Nagrodę Nobla – wyróżnienie, którego Narcyz bardzo zazdrości Maríi Corinie Machado, uważając że to jemu się ono należało. „Teddy” zwykł był mawiać, że powinno się „przemawiać łagodnie i nosić ze sobą duży kij”. Donald stosuje się do drugiej części tej maksymy, zapomina jednak o pierwszej. Jeszcze nie zdążył ujarzmić Wenezueli, a grozi już Grenlandii i Iranowi. Nie sięga do „soft power”, która w drugiej połowie XX i na początku XXI wieku dała legitymizację globalnemu panowaniu Waszyngtonu.


Wenezuelczycy, którym obiecano by liberalną demokrację i „prawa człowieka”, być może wylegliby na ulice i domagali się ingerencji USA przeciwko władzom swego kraju. Trudno jednak wyobrazić sobie, by demonstrowali w imię przejęcia przez jankeskie trusty wenezuelskiej ropy i przekształcenia swojej ojczyzny w ręcznie zarządzaną kolonię gwiazd i pasów. W Kolumbii, Meksyku, Brazylii i innych zagrożonych krajach też może wystąpić „efekt flagi”, czyli gromadzenia się wokół rządu w obliczu zewnętrznej presji.


Otwarcie kolonialna retoryka w informacyjnie hiperłączonym świecie może skutkować akceleracją antyjankesizmu – w Wenezueli i gdzie indziej. A wtedy ściślejsza kontrola nad choćby tylko panregionalną hemisferyczną podstawą imperium – od Ziemi Ognistej rządzonej przez ideologicznego przyjaciela Javiera Mileia po Grenlandię – w sytuacji gdy ideologiczna legitymizacja tego imperium kwestionowana jest nieustannie również przez samego imperatora, może wymagać więcej zasobów niż można pozyskać z metropolii i niż zdoła zorganizować imperialna władza.


Nawet w odniesieniu do samej Wenezueli, sięgający ponad 20 tysięcy żołnierzy potencjał jaki zgromadziły USA w basenie Morza Karaibskiego, nie wystarczyłby do okupacji całego tego kraju, a nawet jego stolicy, z wysoce zorganizowanymi dzielnicowymi i osiedlowymi colectivos. Reżym boliwariański ma do dyspozycji armię, milicję, colectivos i zaprzyjaźnione partyzantki komunistyczne, większość kraju zaś to nie dająca się okupować bezludna tropikalna dżungla. W sąsiedniej Kolumbii partyzantki działały bez żadnej pomocy z zewnątrz przez ponad pół wieku. Jeśli choć część sił boliwariańskich zdecyduje się na opór, USA wplączą się w konflikt nie mający perspektyw zakończenia. A to byłby początek końca Donalda Trumpa.



Ronald Lasecki

Pierwodruk: "Myśl Polska" nr 3-4 (2588-2589)/18-25 stycznia 2026 



Wesprzyj moją pracę publicystyczną


Postaw mi kawę






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Samozaoranie" Grzegorza Brauna

Dlaczego chrześcijańska prawica nie jest rozwiązaniem?

Antysystem istnieje