"Citizen Vigilante" - recenzja

 


"I can’t sit here and watch you exist in a state of sleep paralysis anymore. The truth is this: You’re all being used. You’re nothing but playthings. Every soldier who’s gone off to war thinking that their death was for an idea, or that their sacrifice was important for society, has been played. You walk down the street, and you get stabbed, or robbed, killed, and what does your country do? Nothing. And what do you do? Nothing? The universe demands balance."


(Michael Sanders)


Najnowsze dzieło niemieckiego „antyreżysera” Uwe Bolla doczekało się już na polskiej prawicy lawinowej krytyki, za którą wyczuć da się jednak gorące pragnienie „odcięcia się od radykalizmu” w obawie przed napiętnowaniem jako „ekstremista” dla którego nie ma miejsca w reżymowym dyskursie politycznym czy na „poważnej” prawicy konserwatywnej. Zaroiło się zatem nagle na internetowej prawicy od znawców sztuki filmowej doszukujących się w filmie „dziur” fabularnych (nie da się ukryć, że takie występują), nieadekwatnej ścieżki muzycznej itp. Objawiono nam nawet stojących za filmem żydowskich producentów, pozostawiając postronnym pole do „dopowiedzenia” sobie „odpowiednich” wniosków. Wszystko oczywiście po to, by móc raz za razem wykrzykiwać że „Citizen Vigilante” to „gniot” i „gówno”.


Ja mam na temat filmu opinię odmienną. Moim zdaniem jest to film publicystyczny artykułujący stanowisko Alt-Rightu w jej nurcie identytarystycznym. Osoby minimalnie zorientowane w publicystyce i wypowiedziach tych środowisk łatwo zauważą, że reżyser i zarazem scenarzysta filmu uczynił głównego bohatera swojego dzieła Michaela Sandersa swoistym porte-parole antyimigranckiej prawicy. Sanders nie jest „osobą” o rozbudowanej psychice postaci, tylko personifikacją Alt-Rightu. Mówi de facto cytatami wyjętymi z publicystyki i memów tego środowiska. Doskonale oddał ten symboliczny charakter swojego bohatera grający go aktor Armie Hammer, który przez cały film prezentuje beznamiętny i bezosobowy wyraz twarzy, bezwzględne spojrzenie i skrajnie aspołeczne zachowanie, które w przypadku żywego człowieka musiałoby oznaczać zaawansowanego Aspergera lub socjopatię.


Brutalny „proprietarianizm” Sandersa, jego „ejdżyzm” i nader wybiórcza empatia (dotyczy ofiar przestępczości z udziałem imigrantów i ofiar „pigułek gwałtu”, nie obejmuje jednak prostytutek i pozwala bohaterowi zabijać przypadkowe osoby dla zilustrowania tez jego wywodów) korespondują jednak z poglądami popularnymi wśród wywodzącej się częściowo ze środowisk (post)libertariańskich Alt-Right. Zainteresowany tym ruchem znajdzie w filmie Uwe Bolla zresztą więcej czytelnych dla jego zwolenników kodów, choćby bowiem otwierająca film scena zabójstwa młodej kobiety nożem przez czarnoskórego mężczyznę jest dość wyraźnym nawiązaniem do zamordowania Iryny Zaruckiej, a przewodnia intryga filmu zainspirowana została wydarzeniami z Hamburga z 2016 roku, gdzie grupa nastoletnich imigrantów dokonała zbiorowego gwałtu na czternastoletniej dziewczynce, po czym sąd zaniechał obciążenia sprawców karą.


Podobnie jak główny bohater jest personifikacją identytarystycznej prawicy, tak ścigający go oficer Interpolu mówi niejako głosem funkcjonariuszy resortów siłowych, po cichu często sprzyjających prawicowcom, związanych jednak poczuciem legalizmu i służbowej podległości (autor niniejszej recenzji sam był niegdyś uczestnikiem akcji, która zakończyła się interwencją policji, podczas której jeden z funkcjonariuszy powiedział „Panowie, my was przecież popieramy, ale to tak już poza służbą”). Konfrontacja i dyskusja między Sandersem a szefem Henrym ma więc wyrażać apel identytarystów skierowany do funkcjonariuszy mundurowych. Scena masakry jednostki specjalnej przez Sandersa, zupełnie nota bene pozbawiona realizmu, może być zaś swoistą przestrogą wobec realnie działających resortów siłowych – Sanders zresztą daje policyjnym szturmowcom takie ostrzeżenia wprost.


Podobnie powracające w filmie apele Sandersa do obywateli, w których wzywa ich do wzięcia w swoje ręce sprawy przeciwdziałania terrorowi imigrantów i liberalnego państwa, są ze strony reżysera głosem politycznym. „Citizen Vigilante” należy odczytywać jako wezwanie do „oporu niekierowanego” wobec odbierania Europejczykom ich ojczyzny przez woke'istowską klikę polityczną, która zdaniem autora filmu dokonała swoistego „zamachu stanu” na demokrację i realizuje politykę „wielkiej podmiany” chroniąc przestępców i agresywnych wobec rdzennej populacji imigrantów. Jak wiadomo, ruch identytarystyczny prezentował takie właśnie stanowisko polityczne: domagał się „przywrócenia prawdziwej demokracji”, czyli odzwierciedlenia na poziomie politycznym dominujących jakoby w narodzie zdrowego sceptycyzmu wobec imigracji, poparcia kary śmierci i tak dalej. Z drugiej strony uznawano w nim władzę liberalnej i woke'istowskiej oligarchii rodem z Maja '68 za swoistą polityczną uzurpację, za władzę nieprawowitą i tyrańską, nie odbijającą bowiem jakoby realnych poglądów narodu i skierowaną w istocie przeciw „milczącej moralnej większości”.


Z kolei w dyskusji Sandersa z imigrancką rodziną jednego z gwałcicieli łatwo rozpoznać polemikę identytarystów ze środowiskami imigranckimi. Filmowy Jusuf i jego rodzina posługują się argumentami jakich środowiska islamskich imigrantów używają dla usprawiedliwienia swojego postępowania i swojej negatywnej oceny rodzimej populacji krajów w których się osiedlają. Z kolei filmowy „Obywatelski Mściciel” odpowiada im typowymi argumentami identytarystów i Alt-Rightu.


Tu jednak pojawia się największa słabość filmu, która niemal niweluje jego wartość. Otóż, bohater w dyskusjach zarówno z Jusufem jak i z Szefem Henrym powołuje się na demokrację i rządy prawa jako coś pozytywnego, przeciwstawia się zaś „archaicznym zwyczajom” które przynoszą ze sobą imigranci. Argumenty takie padają między innymi w kontekście dyskusji nad tym, że ofiara zbiorowego gwałtu której krzywdę mści Sanders, była zdaniem sprawców ubrana zbyt prowokacyjnie. Sanders ma oczywiście rację, twierdząc że bezwstydny (on sam tego tak rzecz jasna nie nazywa) sposób ubierania się i zachowania zachodnich kobiet nie usprawiedliwia ich gwałcenia. Prawdą jest jednak z drugiej strony, że liberalna mentalność kobiet wiele takich incydentów wyjaśnia. Moglibyśmy posłużyć się tu analogią, że udanie się nocą do niebezpiecznej dzielnicy nie usprawiedliwia bandytów dokonujących napaści rabunkowej, dobrze jednak taką napaść tłumaczy. Innymi słowy, w wywodach Jusufa i jego bliskich jest coś na rzeczy.


Wróćmy jeszcze na chwilę do kwestii demokracji i „rządów prawa”, bo to chyba największa słabość przekazu Uwe Bolla. Jak wspomniałem, niegdyś ruch identytarystyczny popierał demokrację i chciał bronić cywilizacji zachodniej w jej liberalnym kształcie przed „islamizmem” i trybalizmem imigrantów. To jeszcze dziedzictwo Jeana-Marie Le Pena lubiącego przeciwstawiać francuskie plaże islamskich burkom i pokazywać się w towarzystwie będącej ikoną liberalnej rewolucji seksualnej we Francji Brigitte Bardot. Argumentacja identytarystów była tu niebezpiecznie bliska „wojującemu liberalizmowi” spod znaku Oriany Fallaci i takim europejskim neokonserwatystom jak Bernard-Henri Lévy, Alain Finkielkraut czy André Glucksmann (w Polsce ich odpowiednikiem jest Leszek Miller).


W drugiej dekadzie obecnego wieku pojawił się jednak Alt-Right który w zasadzie wchłonął identytaryzm. Ruch, którego symbolem stała się zielona żabka, jest już natomiast pozbawiony złudzeń w odniesieniu do demokracji. Czy to w swoim nurcie technokratycznym, redpillowym czy anarchotrybalistycznym, Alt-Right jest wrogi demokracji liberalnej i chce ją obejść, przezwyciężyć lub rozsadzić od środka. Po ukazaniu się prac takich jak „An Open Letter to Open-Minded Progressives”, „Bronze Age Mindset”, czy choćby „Becoming a Barbarian” wiara w przebudzenie „moralnej większości”w narodzie i restytucję „prawdziwej demokracji” jawi się dziś jako anachroniczny zabobon.


Ewolucji na tym tle dokonali też sami identytaryści, którym nie udało się nigdzie odnieść sukcesu w wyborach a ostatnio stracili w wyniku demokratycznych procedur przyczółek na Węgrzech. Symptomatyczna jest tu ewolucja jednego z bardziej popularnych „poster boyów” tego środowiska, czyli znanego jako „The Golden One” szwedzkiego kulturysty Marcusa Follina: jeszcze kilka lat temu wierzył on w swoistą „demokratyczną rewolucję” przy urnach przeciwko rządzącej Europą proimigranckiej klice, po niepowodzeniach wspieranych przez niego inicjatyw partyjnych w Szwecji wyzbył się jednak złudzeń wobec demokracji przedstawicielskiej i zaczął wzmożoną recepcję myśli Juliusa Evoli i Oswalda Spenglera.


Dodajmy jeszcze pojawienie się Redpilla, a konkretnie jego nurtu MGTOW który wskazuje na ginokratyczny charakter panującego reżymu politycznego i fakt, że jego fundamentem jest powszechne prawo wyborcze przyznane kobietom, które przenoszą swoje sentymentalne i macierzyńskie odruchy na decyzje wyborcze głosując na ugrupowania proimigranckie, pacyfistyczne i liberalne. W filmie Uwe Bolla kobiety podziwiają i wspierają mściciela Michaela Sandersa. Dziś wiemy już jednak, między innymi dzięki Redpillowi, że jest dokładnie odwrotnie. Kobiety nie tylko głosują na partie proimigranckie ale też wywierają presję na rzecz usunięcia z przestrzeni publicznej środowisk antyimigranckich. Znane są nawet przypadki, gdy kobiety czynnie broniły imigrantów przed mężczyznami próbującymi powstrzymać ich ekscesy lub nawet (przypadek francuski) sprzeciwiały się ukaraniu imigrantów którzy dopuścili się na nich gwałtów.


Śmierć Quentina Deranque'a, który poległ z rąk Antify broniąc aktywistek identytarystycznej organizacji kobiecej stojącej na stanowisku (umiarkowanego) obyczajowego liberalizmu i aborcji, została w manosferze szeroko skrytykowana i prawdopodobnie markuje schyłek obrony przez dzisiejszą prawicę zachodniej cywilizacji liberalnej. Fatalne dziedzictwo Le Pena, który pozbył się z Frontu Narodowego nieliberalnych elementów narodowo-rewolucyjnych (środowisko Françoisa Duprata) i napełnił francuski nacjonalizm liberalną treścią kulturową, wydaje się zmierzchać równocześnie ze schyłkiem kariery politycznej córki Jeana-Marie.


Podsumujmy zatem, że głos Uwe Bolla, wzywającego swym filmem do oporu niekierowanego, czy wręcz do jakiegoś „ludowego powstania” przeciwko woke'istowskiej lewicy i imigrantom by odzyskać Europę dla jej rodzimych ludów, jest głosem bardzo ważnym. Wyrażający apel niemieckiego reżysera film „Citizen Vigilante” należy nagłaśniać i propagować. Jego przesłanie, by Europejczycy podjęli czynną walkę – choćby i zbrojną - przeciwko terrorowi ludności napływowej oraz uciskowi i manipulacjom liberalnego Systemu, jest całkowicie słuszne. Czepianie się w tym kontekście czynników trzeciorzędnych jak moralność seksualna głównego bohatera, warsztatowe niedoróbki filmu itd. jest odwracaniem uwagi od istoty problemu.


Należy też jednak podjąć konstruktywną krytykę filmu Uwe Bolla, bowiem spojrzenie jego twórcy cechuje się płytkością czy też anachronizmem. Jak celnie zauważył Troy Southgate, niemiecki reżyser, jak i cały ruch identytarystyczny czy nawet cały Alt-Right, przyczyny imigracji i pojawiających się na jej tle ekscesów upatrują wyłącznie w woke'istowskiej lewicy czy też w pokoleniu Maja'68.


Interpretacja narodowo-rewolucyjna prezentowana przez Southgate'a czy choćby przez Christiana Boucheta czy Alaina Sorala jest głębsza, identyfikuje bowiem jako praprzyczynę kryzysu ekonomiczny liberalizm z jego logiką swobodnych przepływów siły roboczej. Doskonale widać to w Polsce, gdzie prawicowi liberałowie tacy jak Janusz Korwin-Mikke czy Sławomir Mentzen niekiedy ujawniają się jako niemający nic przeciwko napływowi choćby nawet skrajnie obcych etnicznie i kulturowo imigrantów, na których jednak byłby popyt na miejscowym rynku pracy.


Należałoby zresztą w analizie przyczyn kryzysu imigranckiego iść w stronę bardziej kompleksowego ujęcia, kombinującego czynniki ekonomiczne, ideologiczno-kulturowe, a nawet religijne („nie masz Żyda ani Greka”), wskazując na „System” jako na kategorię łączącą i będącą synergią tych wszystkich zmiennych - jako na holistyczną przyczynę kryzysu. Na tym tle oczywiście bronienie „demokracji i rządów prawa”do czego wzywa filmowy Michael Sanders nie ma sensu, ponieważ są one rdzeniem dyskutowanego problemu a nie wartościami które stają wobec problemu jak zdaje się to widzieć Uwe Boll.


Gdy oglądamy „Citizen Vigilante” natychmiast nasuwają się nam skojarzenia z „Death Wish” Michaela Winnera z 1974 roku i z „Taxi Driver” Martina Scorsese z 1976 roku. Szczególnie to drugie, utrzymane w stylu neo-noir dzieło, ma dla mojego pokolenia status „cult classic”. Film Uwe Bolla też osiągnie zapewne tę rangę – szczególnie dla Generation Z. Warto jednak zwrócić uwagę, że dzieła te różnią się nie tylko poziomem warsztatu filmowego. Paul Kersey i Travis Bickle, podobnie jak Michael Sanders, „sprzątają śmieci z ulic”. Dwaj pierwsi jednak, wykonując swoją „brudną robotę” w scenerii podlegającego cywilizacyjnej degradacji Nowego Jorku, ilustrują nam korozyjne działanie Systemu. Michael Sanders też co prawda krytykuje polityków - w tym nawet samego Trumpa - wymachujących flagą idei i patriotyzmu, posyłających zaś żołnierzy na bezsensowne wojny o nic, pod koniec jednak zaprzecza sam sobie, wskazując na nieszczęsne „demokrację i rządy prawa” jako na wartości. W tym sensie dzieło Uwe Bolla jest rzeczywiście kompozycyjnie niespójne, przez siedemdziesiąt procent czasu trwania filmu jego przesłanie jest bowiem czysto antysystemowe, by na koniec ugrząźć w bzdurach o „demokracji skradzionej nam przez woke'istowską lewicę”.


Tym niemniej, dzieło niemieckiego reżysera ma wyraźną publicystyczną przewagę szczególnie nad filmem Winnera. Jak pamiętamy, zgwałcenia w „Death Wish” dokonują czarnoskórzy. Bohater grany przez Charlesa Bronsona ugania się jednak następnie za przestępcami białymi i czarnymi. Widz nieobznajomiony z realiami USA lat 1970. mógłby więc pozostać po seansie „Death Wish” z wrażeniem, że ówczesny Nowy Jork terroryzowali na równi przestępcy biali jak i czarni. W rzeczywistości było oczywiście zupełnie inaczej. Michael Winner, choć niewątpliwie był bardziej utalentowanym niż Uwe Boll reżyserem, okazał się więc jednak cuckiem.


Niemiecki reżyser cuckiem nie jest. Nie niuansuje, lecz wali obuchem – nawet jeśli nie celuje w punkty węzłowe. W „Citizen Vigilante” nie ma żadnych „dobrych globalistów”. Nie ma „sprawiedliwych imigrantów”. Niebezpieczeństwo jest wyraźnie naświetlone a reżyser nie bawi się w cieniowanie. Podobnie apel głównego bohatera, powtarzany przez niego w wypikselowanych nagraniach kierowanych do jego zwolenników, „I do this for you, until you learn to do it for yourself”jest wyrażonym otwarcie wezwaniem do antysystemowej rewolucji, wezwaniem do rasowego przebudzenia Europejczyków którego nie powstydziłby się Anders Behring Breivik.


Dlatego właśnie uważam, że film Uwe Bolla stanie się „cult classic” a nawet czymś więcej – najważniejszym filmem nakręconym od czasu „Fight Clubu” (1999) Davida Finchera. Jeśli kiedyś dojdzie w Europie do tożsamościowej rewolucji, do rasowej palingenezy rdzennych europejskich etnosów, dzieło Uwe Bolla będzie tej rewolucji ikoną.


Ronald Lasecki



Tytuł: „Citizen Vigilante”
reżyseria, scenariusz i produkcja: Uwe Boll
występują: Armie Hammer, Costas Mandylor i inni
kraj produkcji: Niemcy
rok produkcji: 2026

Wesprzyj popularyzację tożsamościowej kultury


Postaw mi kawę

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Światopogląd pogański

Dwa rodzaje honoru

"Samozaoranie" Grzegorza Brauna